Poza granicami nieskończoności, Difin 2019.

 

Jako młody naukowiec, tuż po doktoracie, postanowiłem w latach 1981 – 83 zrealizować swoje marzenie. Jako  miłośnik literatury SF podjąłem próbę napisania kilku tekstów. Recenzenci przyjęli je życzliwie i wszystkie w różnych wydawnictwach zostały opublikowane. Następne dekady pracy zawodowej wypełniły mi trzy obszary działalności: praca naukowa, dydaktyka, psychoterapia. Po trzydziestu paru latach mając w dorobku 10 monografii naukowych, kilka podręczników akademickich, ponad sto różnych recenzowanych publikacji naukowych, przeglądowych, referatów na konferencjach i opracowań popularno naukowych, prawie 40-lat pracy jako psychoterapeuta postanowiłem powrócić jako autor do literatury SF. W efekcie przedkładam czytelnikom tekst, który w formie powieściowej jest próbą przedstawianie wizji wszechświata i psychiki człowieka. Czy jest to próba udana ocenią czytelnicy.

     „Poza granicami nieskończoności” jest dwuwątkową powieścią, w której zabieram czytelnika w oniryczną podroż po wszechświecie, rozpadającej się logice zdarzeń na ziemi  i psychice człowieka próbującego zrozumieć czy to co wokół niego dzieje się jest wirtualną rzeczywistością, ginącym wszechświatem czy tez wytworem chorego umysłu.

   W „Poza granicami nieskończoności”  starałem się wykorzystać nabytą przez dekady wiedzę oraz najnowsze informacje z dostępnej mi literatury na temat kosmologii, astrofizyki, fizyki kwantowej i psychologii. Ponieważ w przypadku kilku zagadnień, istotnych dla tekstu tej książki, są one stosunkowo mało znane lub różnie interpretowane postanowiłem w posłowiu poniżej przedstawić ich krótką charakterystykę. Mam nadzieję, że zainspiruje to czytelników do pogłębienia swojej wiedzy kosmologicznej, fizycznej oraz psychologicznej poprzez sięgnięcie do literatury naukowej i popularno-naukowej. Zachęcam do lektury.

Książka jest dostępna w księgarniach zwłaszcza internetowych, między innymi:

https://bonito.pl/k-1549935-poza-granicami-nieskonczonosci 

https://ksiegarnia.pwn.pl/Poza-granicami-nieskonczonosci,789359817,p.html 

Poniżej przedstawiam trzy krótkie fragmenty tekstu tej książki:

… Wstaz fotela i wychodzę z mojej kajuty. Mojej? Wszystkie inne też mogą być moimi skoro jestem już sam na pokładzie. Ogarnia mnie znowu rozpacz, poczucie beznadziejności i przekonanie, iż zmarnowałem swoje życie. Z trudem łapię oddech. Każdy szybszy ruch wywołuje zmęczenie. Całe szczęście, że umysł pracuje mi sprawnie, a i pamięć nie zawodzi. Pamięć? Czego? Rzeczywistego życia? Iluzji stworzonej przez system informatyczny Explorera? A może nawet nie jestem na Explorerze tylko tkwię nieruchomo w jakimś matrixie podtrzymywany przy życiu przez maszynę tworzącą dla mnie wirtualną rzeczywistość. Nie mam szans sprawdzić jak jest naprawdę. Ale co jest prawdą? Czy może być prawda obiektywna, a może istnieje tylko subiektywna? Czuję jak w tym momencie dławi mnie przerażenie. Kim ja jestem? Moja pamięć sięga tylko do momentu, gdy zostałem dowódcą Explorera. Nie pamiętam niczego, nawet najdrobniejszego szczegółu mojej wcześniejszej przeszłości. To, że uczestniczyłem w misji na plejady usłyszałem od innych. Nie wiem, kiedy urodziłem się, kim byli moi rodzice, co robiłem w młodości. Nic, całkowita pustka.

- EIS – przekaż mi moją biografię od urodzenia uporządkowaną chronologicznie – wydaję polecenie. Odpowiedź otrzymuję niemal natychmiast – jest to możliwe tylko od objęcia przez Ciebie dowódco obowiązków na Explorerze.  - Nie rozumiem, chodzi mi o podstawowe dane - dociekam. Nie posiadam ich, a w zasobach Spacenetu w momencie startu też ich nie było. Dlaczego? - Pytam dalej.

- By odpowiedzieć na to pytanie nie mam dostatecznej ilości informacji.

- Czy mój przypadek w tym zakresie jest wyjątkowy? Dalej pytam.

- Twój jest jedyny. W przypadku pozostałych członków załogi posiadam bardzo szczegółowe historie ich życia, - odpowiada EIS.

Bardzo to jest dziwne. To, że nie pamiętam to jedno. Ale, że nie ma żadnej wcześniejszej o mnie informacji w sieci? Dlaczego inni członkowie załogi nie pytali mnie o moją przeszłość? Z drugiej strony ja też ich nie pytałem. Żyliśmy zawsze bieżącą sytuacją. Czy oni wrócili na ziemię? Nie otrzymałem od nich informacji po tym wydarzeniu, mimo że techniczne środki przez pewien czas to umożliwiały. A może znikli z tej rzeczywistości jak aktorzy z planu filmowego po skończeniu swojej roli? Przedziwne jest, iż wcześniej nie zadałem sobie pytania, co robiłem wcześniej, jaka była moja droga życia, jakie przeżycia i emocje mi towarzyszyły od dzieciństwa. A może nie jestem człowiekiem tylko marionetką tej rozgrywającej się wokół rzeczywistości? A gdy cała rzeczywistość, wszystkie obiekty i ludzie są tylko częściami mojego umysłu? A może wszystko to co pamiętam to pamięć wszczepiona na potrzeby tej misji. Może nie jestem człowiekiem tylko androidem, w którego umyśle zakodowano fikcyjną biografię? Dość tych rozważań, to jest bezsensowne myślenie prowadzące prosto do skrajnego solipsyzmu…

 

… Dowódco zapas paliwa wynosi 2,1% stanu wyjściowego. Wystarczy to na trzy lata czasu pokładowego. W jednostkach czasu dla obiektu względnie nieruchomego wobec otaczającej przestrzeni jest to 263 milionów lat. Szybkość nasza wynosi 95,729% prędkości światła. Do hipotetycznej chwili zero, czyli przemiany fazowej wszechświata pozostało około 9 000 godzin czasu pokładowego. Wynika to z aproksymacji i antycypacji wykładniczo rosnącej liczby Bozonów Higgsa pojawiających się w naszym otoczeniu.

Dowódco! Jak wiesz nasz wszechświat powstał z gorącego punktu w wielkim wybuchu. Natomiast wszechświat, który dzięki przemianie fazowej narodzi się wkrótce będzie miał początek wszędzie. W każdym metrze sześciennym przestrzeni pojawi się gorąca plazma jednorodnie ją wypełniając. Od tego momentu rozpocznie się ewolucja nowego wszechświata. Nie wiem jak bezie ona wyglądać. Nie mam wystarczających informacji by stworzyć symulację tego procesu. Następuje chwila przerwy, po której EIS, komunikuje mi:

- Wyniki badań medycznych wykazały Dowódco, ze masz przed sobą, przy zastosowaniu wszystkich możliwych leków i stymulatorów, maksymalnie 250 godzin aktywnego życia. Dni te z prawdopodobieństwem 70% przebiegać będą bez zaburzeń świadomości i odczuwanych subiektywnie dolegliwości. Według przewidywań, koniec funkcjonowania organizmu nie dostarczy przykrych doznań i przebiegać będzie przy stopniowym zawężaniu pola świadomości. Proces umierania potrwa około trzech godzin czasu pokładowego…

 

… Siadam oszołomiony na ławce peronu. To chyba jest koszmarny sen. To nie może dziać się naprawdę. Zaraz się zbudzę. Z głośników umieszczonych w przejściu podziemnym peronu emitujących dotąd spokojną, elektroniczną muzykę, bardzo dostosowaną do sytuacji pomyślałem sarkastycznie, rozlega się bardzo głośny głos: Uwaga! Przekazujemy za agencją Reutersa informację z ostatniej chwili: Kilkadziesiąt minut temu w Australii doszło do tragicznej, wręcz niewyobrażalnej w swojej skali katastrofy. Formacja skalna Uluru, miejsce kultowe dla rdzennej ludności, zapadła się pod ziemię. Zdjęcia satelitarne dokumentują to, że w jej miejscu błyskawicznie uformowała się, wypełniona płynną lawą, gigantyczna kaldera nowo powstałego wulkanu. Wstrząsy sejsmiczne będące efektem tego wydarzenia osiągnęły magnitudę 11,3 w skali Richtera. Wstrząsy te odczuwane są praktycznie na całej ziemi. Wokół australijskiego kontynentu powstała gigantyczna fala tsunami rozprzestrzeniająca się po wodach oceanicznych otaczających Australię niszcząc życie na wielu oceanicznych wyspach. Erupcja wulkanu związana z tym zjawiskiem spowodowała, że w całej Australii wybuchły pożary. Wyziewy toksycznych gazów zatruwają atmosferę. Już w tej chwili wiele milinów ludzi straciło życie, a milionów następnych jest zagrożone.

Chwila ciszy i ten sam głos znowu odzywa się z głośników: podajemy następny komunikat. Ze względu na brak możliwości utrzymania zasilania energią elektryczną zostanie wstrzymany ruch wszystkich pociągów metra a za dwie minuty zgaśnie oświetlenie stacji. Prosimy pasażerów przebywających na peronach o opuszczenie ich i wyjście na powierzchnię ziemi.

Nie ma, na co czekać – myślę i biegnę po nieruchomych schodach pod górę. Wybiegam na zewnątrz budynku dworcowego. Wokół panuje ciemność głębokiej nocy. Na wygwieżdżonym niebie lśnią gwiazdy i księżyc w pełni. Co się wydarzyło? Mam halucynacje, urojenia lub zaburzenia pamięci? Przecież przed chwilą było słoneczne wczesne popołudnie? Nie widzę świateł miasta czy reflektorów samochodów. Tylko w świetle księżyca majaczą kształty nieruchomych, pustych samochodów porzuconych na ulicy a w oddali upiorne kształty ciemnych budynków. Wpatruję się w niebo, widzę znajome gwiazdozbiory. Co się dzieje? Przerażony dostrzegam, że na bezchmurnym nocnym niebie gasną gwiazdy. Blask Drogi Mlecznej ciemnieje i przechodzi w ledwie widoczną, bladą, upiorną poświatę, Po chwili na nocnym niebie zostaje tylko księżyc a właściwie jego światło przypominające bardziej latarnię niż naszego satelitę. 

Światło księżyca zaczyna migać. Jego migoczący blask narasta, staje się oślepiający. Przecieram oczy. Nie pomaga. Migotanie narasta. W jego rytm wplata się wibrujący dźwięk. Jest narastająco głośniejszy. Upadam na bruk. Próbuję patrzyć na to, co wokół się dzieje. Obraz ciągle zmienia się. Raz widzę przejście podziemne, po ułamku sekundy rozległą równię z samotnym drzewem, po niej wnętrze małego pokoju, tunel kolejowy, stadion piłkarski, salę kinową, przejście podziemne. Obraz nieruchomieje. Jestem na jasno oświetlonym peronie. Widzę zamarłych w bezruchu ludzi. Na wszystkich twarzach wyraz straszliwego cierpienia. Niektórzy leżą, inni dopiero upadają. W powietrzu zawisła gazeta. Obraz peronu ciemnieje. Przez moje ciało przebiegają fale bólu. Mięśnie boleśnie się i kurczą. Szczęki zwierają się z całych sił. Czuję, że zęby mi pękają. Brzuch, płuca, okolice serca wypełnia mi przejmujący ból. Płuca nadaremnie usiłują wciągnąć powietrze. Cierpienie staje się nie do zniesienia. Umrzeć. Niech to się już skończy. Nie wytrzymam dłużej. Ból nieubłaganie rośnie. Mięśnie rozrywają się. Wnętrzności przenika mi żar rozpalonego żelaza. Płuca bezskutecznie walczą o haust powietrza. W głowie słyszę straszliwy huk. Myśli giną w bezmiarze bólu. Stawy rozpadają się. Serce staje. Z gardła wyrywa się bezgłośny jęk. Niewidzące gałki oczne wypadają z oczodołów. Błona bębenkowa pęka w uszach. Nie ma niczego poza torturującym cierpieniem. Świat zniknął, zostało umieranie. Czuję wokół zmianę. Wokół panuje cisza, spokój, bezruch. Nie czuję bólu. Wszystko znika. Zapada ciemność. Nie czuję ciała. Co to znaczy? Umarłem? A więc tak wygląda śmierć!

Pojawia się w moim umyśle nowa, jakość doznań.

Tak się zamyśliłem, że nawet nie spostrzegłem, kiedy otoczenie wokół mnie zmieniło się. Jeżeli oszalałem, moje halucynacje mają piękną postać. Są one bardzo realne. Jestem w dużej komnacie. Wszystko wokół jest doskonale. Przez kilka minut obserwuję otoczenie stojąc bez ruchu pośrodku duże­go pokoju przypominającego komnatę pałacu z epoki późnego baroku. Jego wnętrze wypełniają piękne meble wyglądające na prawdziwe i solidne. Są no­we, ale stylizowane na epokę Ludwika XV. Całe wnętrze przenika duch kameralności, delikatności, ale równocześnie zmysłowości i wyrafinowania wystroju z czasów rokoko. Ściany i sufit są białe zdobione subtelnymi sztukateriami, kasetowymi boazeriami i plafonami. Dodatkowym elementem ozdobnym ścian są obramienia, w których umieszczono kryształowe lustra w ramach z drewna akcji egzotycznej. Na każdej z nich centralnie znajdują się różne obrazy. Są one pełne pogodnego nastroju, lekkości i elegancji. Widzę na jednym z nich namalowaną w subtelnych pastelowych kolorach, zawierającą podteksty erotyczne, scenę z dworskiej maskarady karnawałowej. Na innych obrazach pojawiają się motywy mitologiczne. Jeden obraz to bogini miłości Afrodyty. Jej twarz, jakby mi znana, nie wiem, dlaczego, kojarzy mi się z numerem 526. Na innych widzę hulaszczego Dionizos oraz namiętnego Erosa. Jako kontrapunkt dla obrazów jedną ścianę wypełnia olbrzymi gobelin przedstawiający zabawę dworzan w parku. Narożną ścianę wypełniają ornamenty urzekające asymetrią i płynnością falistych linii przypominających płomienie oraz muszle barwnych ślimaków morskich. Nie brakuje też na ornamentach motywów egzotycznych zwłaszcza chińskich i japońskich. Podłoga składa się z mozaiki różnokolorowego marmuru. Przykryta jest częściowo grubym wzorzystym dywanem perskim. Na środku pomieszczenia umieszczono wyrafinowanie ozdobiony palisandrowym fornirem lekki brązowy stół. Obok niego stoi pojedyncze mahoniowe krzesło z ciekawie powyginanymi nogami. Dzięki łagodnie poprowadzonym krzywiznom krawędzi całość krzesła sprawia wrażenie mebla wykonanego z jednego kawałka drewna. Tworzy to efektowną intarsję ze stołem. Przede mną stoi szerokie łoże przykryte kolorową pościelą. Odznacza się lekkością i dekoracyjnością form zdobienia boków i zagłówka złotą snycerką. Całość utrzymana w tonacji jasnego brązu pre­zentuje się doskonale. Znać smak dekoratora, który to wnętrze skomponował. Z pokoju wychodzą dwoje drzwi. Uchylam pierwsze. Prowadzą do następnego pokoju. Jest jeszcze większy od poprzedniego. Jedną ze ścian pokrywają półki z książkami! Prawdziwymi! Papierowymi! Jest w nim sprzęt do odtwarzania filmów i muzyki, programator menu potraw, a we wnętrzu pokoju znajdują się wy­godne, staroświeckie meble: szafa, biurko, komoda, kanapka, stolik, fotel i krzesło z wygiętymi nogami. Biurko i komoda ozdobione są intarsją zaś fotel i krzesła inkrustacją. Pokryto je aksamitnymi obiciami. Podchodzę do biurka i próbuję otworzyć szufladę. Nie otwierają się. Są jedynie atrapami prawdziwych szuflad. Inaczej jest w przypadku szafy. Jej drzwi otwierają się bez problemu. Znajduję w niej cztery garnitury, szlafrok, dziesięć eleganckich koszul, wiele par bielizny, skarpet, wizytowych butów i parę pantofli. Wszystko schludnie wiszące na wieszakach lub ułożone na półkach szafy. Zdejmuję jeden garnitur i oglądam go dokładnie. Jest on uszyty z materiału bardziej przypominającego skórę niż wełnę. Przymierzam marynarkę. Pasuje nienagannie, tyle, że na Ziemi od setek lat nikt nie nosi garniturów.

Parkietowa podłoga wyścielona jest grubym, puszystym dywanem. Wracam do pierwszego pokoju i otwieram drugie drzwi. Prowadzą do łazienki. Tak pięknej jeszcze nie widziałem! Podłoga wyłożona jest ogrzewanymi płytkami białego marmuru. Z jednolicie świecącego sufitu dobiega jasne, żółte światło. Na podłodze stoi olbrzymia ceramiczna wanna. Została uformowana ręcznie z gliny szamotowej i szkliwiona na zewnątrz w kolorze brązowo-miedzianym, wewnątrz w kolorze ecru z motywem ręcznie malowanym, inspirowanym francuskim rokoko. Armatura ma ozdobne, wzbogacone złotem kształty.

– Skąd ja to wszystko wiem?- Myślę. Przecież nie jestem historykiem sztuki tylko kosmonautą. Wskazuje to, że EIS dotrzymał obietnicy i sklonował mnie ze wzbogaconą wiedzą. Z zainteresowaniem rozglądam się dalej po łazience. Na ścianach widzę mozaikę różnych obrazów. Układają się w logiczny zbiór obrazujący historię ludzkości od wynalezienia koła po start Explorera. Obok wanny, za cienką gipsową ścianką, wchodzi się do pomieszczenia osuszającego. Za następną ścianką znajduje się toaleta. W tym pomieszczeniu wnętrze utrzymane jest w kolorze bladoniebieskim. Nigdzie nie widzę okna. Sprawdzam toaletę. Z ulgą stwierdzam, ze nie jest makietą, lecz działała prawidłowo. Po chwili uświadamiam sobie fakt, że nie zauważyłem drzwi, przez które tu wszedłem i przez które mógłbym wydostać się z tego apartamentu. Nie ma też holofonu ani komputera. Postanawiam coś zjeść. Programuję menu. Po dosłownie czterech sekundach pojawia nie wiadomo skąd jedzenie na stole. Gryzę najpierw maleńki kęs potem łapczywie następne. Jedzenie smakuje wyśmienicie. Wyobrażam sobie, że są to prawdziwe mięso warzywa i owoce. Po zjedzeniu kilku kęsów czuję się syty i chcę napić się piwa. Programuję napój. Na stole pojawia się puszka. Metalowe zamknięcie puszki otwiera się zwyczajnie z sykiem. Jednak puszka nie zawiera piwa. Z rozczarowaniem stwierdzam, że w środku znajduje się niebieski, musujący płyn odżywczy. Wypijam go, ale dalej czuję się spragniony. Może napiję się czystej wody - myślę. Wchodzę do łazienki, odkręcam kran i napełniam stojący tam kubek. Biorę do ust trochę wody. Od razu ją wypluwam. Smak wody jest okropny. A potem, jak gdyby wstydząc się swojej reakcji, zmuszam się do skosztowania tej wody. Woda smakuje mi okropnie, ponieważ w ogóle nie ma smaku. Jest to czysta woda destylowana. Następnie biorę kąpiel. Po chwili wychodzę z wanny i stwierdzam, że pomieszczenia osuszające jest bardzo wydajne. Ubieram się w bieliznę i szlafrok korzystając z zawartości szafy.

Panująca wokół cisza jest dla mnie nie do wytrzymania. Podchodzę do odtwarzacza muzyki. Machinalnie wybieram z listy na wyświetlaczu pierwsze nagranie artrockowe z początku XXI wieku. Jest to płyta Rogera Watersa – Is this the life we really want? Włączam urządzenie. Muzyka swoimi głośnymi dźwiękami wypiera ciszę. Nie słyszałem dotąd tych kompozycji, a mimo to mam poczucie, że dobrze je znam. W moim umyśle pojawiają się słowa, które zaraz wokalista zaśpiewa i nadchodzące fragmenty melodii…

Minęło już tutaj kilka takich samych dni. Co dalej mam robić?

Nagłówek 2

POo